
PZM to MY!
Tak. Identyfikuję się z organizacją, którą w uproszczeniu mogę opisać jako „znienawidzoną przez wielu polskich fanów motoryzacji”, chociaż nie zasiadam w jej organach. Identyfikuję się pomimo tego, że jestem oburzony na nowe, beznadziejne przepisy dotyczące aut rajdowych.
Co więcej, apeluję, by jak największe grono miłośników samochodów i motocykli myślało tak jak ja. A moje argumenty zaczynają się od tego, że albo mnie, albo większość zaangażowanych w środowisku motoryzacyjnym ludzi opanowało dwójmyślenie.
Zacznę od siebie, choć właściwie już zacząłem. Czuję się „patriotą PZM”, choć w pełni zgadzam się z tym, że regulacje dotyczące aut z klatkami gruntownie spartaczono, a nawet z tym, że możemy zazdrościć np. Czechom bardziej liberalnych przepisów w motorsporcie. Podstawy do oskarżenia mnie o „rozdwojenie jaźni” wydają się całkiem mocne.
Jednak co w takim razie należałoby powiedzieć o ludziach, którzy w szufladach lub w kieszeniach mają legitymacje członkowskie PZMowskich klubów (mam i ja!), dokumenty PZMowskich zawodników czy PZMowskich sędziów (też mam!), a jednocześnie narzekają na „ten piekielny PZM”?
Na pewno to, że zapomnieli o różnicy między udzielaniem się w środowisku motorsportowym a kibicowaniem polskiemu futbolowi. Można oglądać sobie mecze piłkarskiej reprezentacji Polski na Stadionie Narodowym i regularnie grywać z kolegami na orliku, a dla PZPN-u pozostać tylko klientem. Natomiast przed startem w najprostszej nawet imprezie „kajotesopodobnej” zwykle warto zapisać się do zrzeszonego w PZM klubu.
Czy takie dołączenie do jednego z automobilklubów to cyrograf sprawiający, że już nie wypada nam powiedzieć złego słowa na PZM i na jego władze? I tak, i nie. Bo cała rzecz polega na tym, że PZMu i jego władz nie należy wymieniać jednym tchem. Na mocy §26 statutu PZM „Walne Zgromadzenie Delegatów jest najwyższą władzą Związku”, a delegatów wybieramy przecież na zebraniach automobilklubów oraz innych organizacji. Mamy prawo przekazywać tym delegatom swoje postulaty. PZM to nasze wspólne dobro, a jego władze mamy prawo, jako członkowie zrzeszonych klubów rozliczać.
Przecież mało kto w Polsce wierzy, iż mamy rozsądną i odpowiedzialną klasę polityczną, a równocześnie sporo osób docenia ojczystą historię i sztukę, lubi tutejszą kuchnię czy nawet woli cztery pory roku od wiecznego lata. W naszym kraju śmiało można przedstawiać się jako patriota pogardzający postawą środowisk władzy- aktualnej, poprzedniej, a może jednej i drugiej. Ba, istnieje uzasadnione podejrzenie, że w Polsce nie da się być patriotą bez silnej dezaprobaty dla klasy politycznej. Podział „oni-my” i myśl, że „Polska to my, a nie oni” trzymają się całkiem nieźle. Władza solidnie na to pracuje, bo nawet w przypadku nieszczęsnych przepisów dotyczących aut z klatką raczej nie było tak, że powstały one od początku do końca jako projekt PZM. Nieprzyjazny zmotoryzowanym rząd z pozbawionym wyrazu ministrem infrastruktury przepchnął je przez niezdolne do głębszej refleksji i nieszanujące wolności obywatelskich sejm i senat, a na końcu podpisał je zainteresowany bardziej brylowaniem na światowych salonach niż dbaniem o interes ważnej grupy obywateli prezydent. Ocena, że działania Zarządu Głównego w tej sprawie przyniosły większości z nas, szeregowych członków klubów pezetemowskich, duży zawód jest uzasadniona. Jednak warto powiedzieć sobie dokładnie, na czym ten zawód polegał. Myślę, że kluczowe są tu dwa problemy. Pierwszy to niezdolność do występowania przed politykami z pozycji reprezentantów ważnej grupy wyborców, którzy mogą się na tychże polityków po prostu obrazić. Drugi to dość kręte drogi, jakimi muszą krążyć uwagi i postulaty zwykłych członków klubów zrzeszonych w PZM, by trafić np. do Przewodniczącego Głównej Komisji Sportu Samochodowego.
Efektem niewystarczającego dialogu wewnątrz PZM są profile typu „Polski Związek Memów” czy „Testy u delegata”. Choć jestem jak najdalszy od jakiegokolwiek gloryfikowania czasów PRLu, stokroć wolałbym by komunikacja między zawodnikami i sędziami z lokalnych automobilklubów a Zarządem Głównym PZM odbywała się np. poprzez listy otwarte w „Motorze”. Tak, by prowadzono ją w kulturalnej atmosferze i by była ona widoczna dla szerokiego grona fanów motoryzacji, również dla tych którzy dopiero myślą o starcie w swoim pierwszym KJS. Aktualny „Motor” jest jednak redakcją dość korporacyjną, więc na razie muszą nam wystarczyć „Rally and Race” i UPALAM.pl.
Innym ideałem, który przychodzi mi na myśl, gdy przypominam sobie niektóre historie o sile fanów motoryzacji w Niemczech jest to, by PZM uzbroić w odpowiednie narzędzia.
Chciałbym, by reprezentanci Związku (inni niż obecnie lub nawet ci sami) mogli prowadzić rozmowy z ministerstwami z pozycji siły. Nie proponuję protestów z paleniem opon. Marzy mi się tylko PZM z mocą, jaką kojarzymy z najlepszymi latami ADAC. PZM mogący powoływać się na dużą grupę ludzi gotowych nawet zagłosować pod prąd swych poglądów na sprawy obyczajowe, byle tylko „ukarać przy urnie” źle współpracujących polityków. Jeżeli uznamy, że PZM to my, a nie tylko Zarząd Główny, może wreszcie taką organizację zbudujemy.
Andrzej Szczodrak
Tak. Identyfikuję się z organizacją, którą w uproszczeniu mogę opisać jako „znienawidzoną przez wielu polskich fanów motoryzacji”, chociaż nie zasiadam w jej organach. Identyfikuję się pomimo tego, że jestem oburzony na nowe, beznadziejne przepisy dotyczące aut rajdowych.
Co więcej, apeluję, by jak największe grono miłośników samochodów i motocykli myślało tak jak ja. A moje argumenty zaczynają się od tego, że albo mnie, albo większość zaangażowanych w środowisku motoryzacyjnym ludzi opanowało dwójmyślenie.
Zacznę od siebie, choć właściwie już zacząłem. Czuję się „patriotą PZM”, choć w pełni zgadzam się z tym, że regulacje dotyczące aut z klatkami gruntownie spartaczono, a nawet z tym, że możemy zazdrościć np. Czechom bardziej liberalnych przepisów w motorsporcie. Podstawy do oskarżenia mnie o „rozdwojenie jaźni” wydają się całkiem mocne.
Jednak co w takim razie należałoby powiedzieć o ludziach, którzy w szufladach lub w kieszeniach mają legitymacje członkowskie PZMowskich klubów (mam i ja!), dokumenty PZMowskich zawodników czy PZMowskich sędziów (też mam!), a jednocześnie narzekają na „ten piekielny PZM”?
Na pewno to, że zapomnieli o różnicy między udzielaniem się w środowisku motorsportowym a kibicowaniem polskiemu futbolowi. Można oglądać sobie mecze piłkarskiej reprezentacji Polski na Stadionie Narodowym i regularnie grywać z kolegami na orliku, a dla PZPN-u pozostać tylko klientem. Natomiast przed startem w najprostszej nawet imprezie „kajotesopodobnej” zwykle warto zapisać się do zrzeszonego w PZM klubu.
Czy takie dołączenie do jednego z automobilklubów to cyrograf sprawiający, że już nie wypada nam powiedzieć złego słowa na PZM i na jego władze? I tak, i nie. Bo cała rzecz polega na tym, że PZMu i jego władz nie należy wymieniać jednym tchem. Na mocy §26 statutu PZM „Walne Zgromadzenie Delegatów jest najwyższą władzą Związku”, a delegatów wybieramy przecież na zebraniach automobilklubów oraz innych organizacji. Mamy prawo przekazywać tym delegatom swoje postulaty. PZM to nasze wspólne dobro, a jego władze mamy prawo, jako członkowie zrzeszonych klubów rozliczać.
Przecież mało kto w Polsce wierzy, iż mamy rozsądną i odpowiedzialną klasę polityczną, a równocześnie sporo osób docenia ojczystą historię i sztukę, lubi tutejszą kuchnię czy nawet woli cztery pory roku od wiecznego lata. W naszym kraju śmiało można przedstawiać się jako patriota pogardzający postawą środowisk władzy- aktualnej, poprzedniej, a może jednej i drugiej. Ba, istnieje uzasadnione podejrzenie, że w Polsce nie da się być patriotą bez silnej dezaprobaty dla klasy politycznej. Podział „oni-my” i myśl, że „Polska to my, a nie oni” trzymają się całkiem nieźle. Władza solidnie na to pracuje, bo nawet w przypadku nieszczęsnych przepisów dotyczących aut z klatką raczej nie było tak, że powstały one od początku do końca jako projekt PZM. Nieprzyjazny zmotoryzowanym rząd z pozbawionym wyrazu ministrem infrastruktury przepchnął je przez niezdolne do głębszej refleksji i nieszanujące wolności obywatelskich sejm i senat, a na końcu podpisał je zainteresowany bardziej brylowaniem na światowych salonach niż dbaniem o interes ważnej grupy obywateli prezydent. Ocena, że działania Zarządu Głównego w tej sprawie przyniosły większości z nas, szeregowych członków klubów pezetemowskich, duży zawód jest uzasadniona. Jednak warto powiedzieć sobie dokładnie, na czym ten zawód polegał. Myślę, że kluczowe są tu dwa problemy. Pierwszy to niezdolność do występowania przed politykami z pozycji reprezentantów ważnej grupy wyborców, którzy mogą się na tychże polityków po prostu obrazić. Drugi to dość kręte drogi, jakimi muszą krążyć uwagi i postulaty zwykłych członków klubów zrzeszonych w PZM, by trafić np. do Przewodniczącego Głównej Komisji Sportu Samochodowego.
Efektem niewystarczającego dialogu wewnątrz PZM są profile typu „Polski Związek Memów” czy „Testy u delegata”. Choć jestem jak najdalszy od jakiegokolwiek gloryfikowania czasów PRLu, stokroć wolałbym by komunikacja między zawodnikami i sędziami z lokalnych automobilklubów a Zarządem Głównym PZM odbywała się np. poprzez listy otwarte w „Motorze”. Tak, by prowadzono ją w kulturalnej atmosferze i by była ona widoczna dla szerokiego grona fanów motoryzacji, również dla tych którzy dopiero myślą o starcie w swoim pierwszym KJS. Aktualny „Motor” jest jednak redakcją dość korporacyjną, więc na razie muszą nam wystarczyć „Rally and Race” i UPALAM.pl.
Innym ideałem, który przychodzi mi na myśl, gdy przypominam sobie niektóre historie o sile fanów motoryzacji w Niemczech jest to, by PZM uzbroić w odpowiednie narzędzia.
Chciałbym, by reprezentanci Związku (inni niż obecnie lub nawet ci sami) mogli prowadzić rozmowy z ministerstwami z pozycji siły. Nie proponuję protestów z paleniem opon. Marzy mi się tylko PZM z mocą, jaką kojarzymy z najlepszymi latami ADAC. PZM mogący powoływać się na dużą grupę ludzi gotowych nawet zagłosować pod prąd swych poglądów na sprawy obyczajowe, byle tylko „ukarać przy urnie” źle współpracujących polityków. Jeżeli uznamy, że PZM to my, a nie tylko Zarząd Główny, może wreszcie taką organizację zbudujemy.
Andrzej Szczodrak
dodany
28.03.2025
28.03.2025
przez
A57SC
A57SC
Aktualności / Artykuły
rodzaj
rodzaj
Kultura
kategoria
kategoria
0 ma w schowku
wyświetleń: 752